Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 8
niący się od dróg mniejszą ilością pni, ale za to większą nie wysychających nigdy kałuż, z których każda byłaby topieliskiem dla podróżnika, gdyby nie przezorność litewska, która je napełniła gałęziami i zarzuciła w poprzek bierwionami sosnowemi, zabezpieczającemi wprawdzie życie ludzi, lecz narażającemi na szwank końskie nogi, koła wozów i osie.
Tego rodzaju komunikacya ze światem nie była nader ponętną, a jednakże nie było prawie dnia w roku, ażeby ktoś nie zajrzał do Poderniszek. O ile bowiem drogi nie nęciły, o tyle ponętnym był dwór, a raczej dworek pod słomianą strzechą, wpół schowany w obszernym owocowym sadzie i wpół zamaskowany szeregami wysokich a różnej barwy malw i krzakami róż, które się z frontu do jego okien cisnęły, Wyglądał on i zewnątrz i wewnątrz staro, ale schludnie — zewnątrz zawsze czysto wybielony, wewnątrz wymyty, wymieciony, z prochów wydmuchany i napełniony meblami i sprzętami, które dawne pamiętały czasy. Trzeba wiedzieć, że Poderniszki od kilku wieków wciąż w jednej i tej samej linji z ojca przechodząc na syna, w dworku dziedzica posiadały muzeum starożytności, w którem od czasów prawie Jagiełły gromadziły się z pokolenia w pokolenie rodzinne a i narodowe pamiątki: zbroje, naczynia, sprzęty, obrazy, książki, dokumenty w różnych miejscach poskładane, częścią w lamusie, częścią na strychu, częścią w kufrach i szafach a częścią porozwieszane na ścianach.