Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 75
Pogłaskał kasztana po grzywie i dłonią go po karku poklepał.
Przed karczmą zeskoczył z siodła i w jedno z okien zapukał. W pukaniu tem znać było umówiony z góry sposób. Powtórzył je z pewnemi przestankami pięć razy i odstąpił — natychmiast na spotkanie jego wybiegł żyd, a za żydem chrześcijanin.
— Jak się masz, Srulu... — rzekł do pierwszego, a zwracając mowę do drugiego, dodał:
— Wyprowadź szpaka...
Ten ostatni natychmiast znikł. Srul odpowiedział na powitanie:
— Jak się ma wielmożny pan... Ny... Niechże pan do izby wejdzie, ogrzeje się, i kieliszek szabasówki wypije...
— Nie mam czasu... — była odpowiedź Piotra.
— Wielmożny pan bo nigdy nie ma czasu. Inni panowie nie wiedzą co z czasem robić, jak bogacze z pieniędzmi...
— Cóż tu słychać?.. — zapytał Piotr dla odwrócenia od własnej osoby pochwał lejpuńskiego arendarza.
— Gdyby wielmożny pan zechciał zajrzeć do izby, toby wiedział co słychać...
— Cóż przecie?..
— At... Ja tylko tyle powiem, że gdyby takich, jak ci co siedzą w izbie, złączyć z wielmożnym panem, toby Polska była za miesiąc,
— Co mówisz! — zawołał Piotr ze śmiechem.
— Wiem ja, co mówię... Tam — tu ukazał palcem na karczmę — siedzą razem za stołem chłopi, chodaczki i gadają tak, że mi każdy w pejsach włos dębem staje...
— Ze strachu?..
— A!.. — pokręcił żyd głową i językiem cmoknął. Z gniewu...