Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 74
VII.

Do przebycia czternasto-milowej przestrzeni miał Piotr przed sobą godzin pięć i pół — to jest, dwadzieścia trzy minuty z czemś na milę, rozumie się, polską — to jest nie miał ani chwilki czasu do stracenia. Jednakże, z miejsca nie spieszył. Wyjechał z podwórza stępą i ujechawszy tak z pół mili, dopiero cmoknął na kasztana i łydką go zlekka trącił. Kasztan prychnął, uszami zastrzygł i wpadł w kłus. Kłusując wyciągał się coraz bardziej i bardziej — mówiąc poetycznem wyrażeniem — coraz więcej kładł się na powietrzu. W miarę przyśpieszania biegu, nozdrza mu się wzdymały, oczy zaogniały.
Droga prowadzi na Przełaje i Orany prawym brzegiem Mereczanki aż do Rozgatyczek. Za Rozgatyczkami Mereczanka pozostaje na lewo, a droga przerzynając prawobrzeżne jej przytoki, jak Graużupis, Anupis, Cyrwia i inne idzie na Wójtowo, Lejpuńską karczmę, Olanę do Grodzieńskiej Wakki, położonej nad wpadającą już do Willji rzeczką Wakką. Ztamtąd o lekką milkę wybrzeża Wilji, a o półtory mili Wilno. Lejpuńska karczma leży równo na połowie drogi, biorąc miarę przestrzeni z Wilna do Wołczyka.
Kłusem minął Piotr Przełaje. Za Przełajami na górze trącił kasztanka łydką powtórnie, i koń się wyciągnął w pęd. Sunął wichrem, wyrzucając za sobą kopytami zbite grudki śniegu do góry. Pędem przeleciał przez Orany, mimo zamarzłych jezior Glab i Oranka, i nie prędzej aż pomiędzy Rozgatyczkami a Wójtowem wprowadził go Piotr znów w kłus a od Wójtowa pojechał stępą. Dojeżdżając do Lejpuńskiej karczmy, dobył z zanadrza zegarek i spojrzał. Godzina była piąta.
— Dobrze... — rzekł do siebie półgłosem i obejrzał się po horyzoncie. Słońce już zaszło, gwiazdy poczęły występować, w powietrzu panowała cisza.