Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 73
— Jakto?., pan odjeżdża?..
— Muszę... Jutro powrócę... wprost do Poderniszek... wieczorem... Bądź zdrowa... moja Róziu... mój aniele... mój skarbie...
I w rączkę całował. Rózi chciało się płakać. Myślała, że go, nieubrana jeszcze w wyrazy, chęć nauczki uraziła.
— Niechby już mówił "ty..." niechby tylko nie jechał...
Próżne pragnienie! o pół do trzeciej Piotr siedział już na komu.
W pół godziny później zaszły przed ganek sanki pana Nepomucena. Pan Baltazar wyprowadził sąsiada i prosił, żeby jeszcze został, lecz prosił nie bardzo szczerze. Pominął zaklęcia na miłość Boga i na rany Chrystusowe, i za dobrą monetę przyjął wymówki starego eksmarszałka:
— Niech się młodzi bawią... Mnie staremu potrzeba się wywczasować... tem bardziej, że, przyznam się tobie, szanowny marszałku, poruszyły mnie zaręczyny syna... Więc potrzebuję chwilki spokoju... Chciałbym się pomodlić.
Na wyraz "zaręczyny" pan Baltazar lekko się skrzywił. Skrzywienia jednakże tego pan Nepomucen nie widział, a choćby i widział, zwaliłby je na mróz, nigdy na istotny powód, który był dla niego tajemnicą.