Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 72
Rózinej rączki i pociągnął ją przed ojca, i z nią razem przed nim ukląkł. Pan Nepomucen udzielił im ojcowskiego błogosławieństwa ze łzami w oczach.
Na to weszła pani Baltazarowa. Sprawa wytoczyła się przed nią. Poczęli przybywać goście inni. Rzecz stała się głośną. A że w gronie gości znajdował się i ksiądz, więc nie zwlekając, odbyły się zaręczyny formalne. Nim podano śniadanie. Piotr był już narzeczonym, Rózia narzeczoną. Wszyscy im winszowali, wszyscy się tem radowali: Jeden tylko pan Baltazar był niewypowiedzianie markotny...
Przy śniadaniu pito zdrowie młodej pary.
Piotra szczęście było upojeniem. Nie dziw. Biedaczka, do wyrazu "dobrze" musiała dodać jeszcze drugi:
— Kocham...
Musiała to zrobić, pomimo że się na Piotra gniewała. Jakże się gniewać nie miała!.. Taki był natrętny! — i to przy wszystkich. Tyle oczu na nich patrzało!.. — a on jej wciąż kładł w ucho:
— Mój aniele!. moja Róziu!., kocham ciebie!., kocham!., kocham!..
Bez ceremonji mówił "ty." Gdzież tak można!..
Zbierała się dać paniczowi dobrą nauczkę, do której wstępem był ów wyraz. Lecz nim się zebrała, Piotr już ją żegnał. Więc zamiast nauczki, zapytała: