Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 71
— Pani!.. — zawołał Piotr i w rękę ją pocałował.
— Będę się starała, żebyś pan był ze mnie kontent...
A będąc już na progu, odwróciła się, i dodała:
— O! bo mi bardzo o to chodzi, żeby nie kto inny, tylko pan był szwagrem moim...
Znikła za drzwiami i w kilka minut później powróciła z sędziną.
Nie będę powtarzał rozmowy. Powiem tylko, że prowadzoną była w taki sposób, iż nie zabrzmiał w niej żaden fałszywy dźwięki i ani jeden niepotrzebny frazes. Sędzina przyjęła oświadczenie się Piotra. Pozostawała tylko Rózia.
— Przygotowałam ją... — rzekła wesoło panna Franciszka. — To jest, nic jej nie powiedziałam... Idę po nią...
Odeszła i natychmiast wróciła — z Rózią.
Powiedzieć, jakiego Rózia raka spiekła, gdy jej matka oznajmiła o zamiarach Piotra, byłoby powiedzieć to, o czem wszyscy wiedzą. Inaczej być nie mogło. Spiekła raka, zmieszała się, chciałaby się pod ziemię zapaść, albo pod kanapę schować, uciec albo ulecieć, uszy sobie paluszkami zatkać, albo zrobić coś, coś — sama nie wiedziała, co chciałaby z sobą zrobić, i ukrywszy twarz na piersi matczynej, szepnęła po cichu:
— Dobrze...
Piotr klęczał przed nią, całując z uniesieniem rękę sędziny. Mnie się zdaje, że to było przez omyłkę — że chciał Rózi rękę całować.
Sędzina tę omyłkę naprawiła składając dłonie młodych ludzi, i pobłogosławiła im. Wówczas dopiero przykleił się Piotr ustami do