Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 70
— Doskonale... A panu marszałkowi?..
— Wybornie...
— Czemuż to pan Piotr nie raczył przyjechać wczoraj?..
— Przyjechałem, ale...
Tu się zaciął, bo nie chciał, wyznawszy istotną przyczynę nocnej wyprawy, postawić obok siebie zasidatela. Zamiast więc wyznać tę przyczynę powiedział:
— Musiałem odjechać...
— Słuchajno, moja córko chrzestna... — podchwycił pan Nepomucen. — Mamy z tobą
o ważnych rzeczach do pomówienia...
— Słucham... — odpowiedziała z uśmiechem panna Franciszka, siadając obok starego
i nie patrząc na Piotra, któremu krew do głowy uderzyła.
— Piotr chce się dziś oświadczyć o rękę Rózi...
Panna Franciszka spojrzała na Piotra, który był cały w płomieniach.
— Dlaczegóż dziś w Wołczku — czemu nie w Poderniszkach?..
— Są do tego powody napozór śmieszne, lecz w istocie rzeczy ważne...
— Czy można o nich wiedzieć?
Pan Nepomucen spojrzał na syna wzrokiem pytającym.
— Nie można, panno Franciszko... — odparł pośpiesznie Piotr — a przynajmniej, nie chciałbym dziś ich wyjawiać... Toby mi dużo sprawiło przykrości...
— Mniejsza o to... — odrzekła Frania. — Przekonaną jestem, że wszystko cokolwiek od pana marszałka albo od pana Piotra pochodzi płynie z pobudek szlachetnych... Panie Piotrze, pańskie postanowienie wielce mnie raduje...
— Ale chodzi o to, żeby nie dostał harbuza... — wsunął pan Nepomucen z pół drwiącą miną.
— O!.. Czyż pan Piotr tego się lęka?.. — zapytała panna Franciszka z uśmiechem, trząc młodzieńcowi w oczy.
— Nie wiem... Jednakże pragnę, żeby mi ktoś pomógł... żeby mi pomogła pani...
— Najchętniej... Mama już ubrana... Pójdę po mamę i przygotuję Rózię...