Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 69
ciężko przez dwa dni z rzędu balować; ale, jak widzę, będę musiał zostać...
— Bynajmniej... — odparł Piotr. — Ja także
o drugiej wyjadę, więc przed drugą muszę skończyć.. Ten tam... zasidatel zmusił mnie do pośpiechu... do takiego postanowienia nagłego...
— I owszem... — jeszcze raz powtórzył stary.
Piotr zaczął chodzić po pokoju, myśląc
i wzdychając.
Wzdychając? — dla czego? — bo kochał — i to po raz pierwszy w życiu. Ten pyzaty malec — Kupido — jest... rycerzem nadzwyczajnie strasznym. Ci co nie kochają, bardzo są odważni do oświadczyn. Idzie im to jak po maśle. Przyklękają na jedno kolano, zawracają oczy, jakby ich kolka rozpierała, i prawią:
— Patii! w ręku twojem moje szczęście... Ta ręka... etc.
Ci zaś co kochają, tracą w ten stanowczy moment odwagę, mięszają się, zapominają języka w gębie — słowem — tchórzą.
Im przeto bardziej zbliżała się chwila prawdopodobnego z Rózią spotkania, tem nasz Piotr był bardziej niespokojny. Chodził po pokoju, stawał przed oknem, przypatrywał się szronem okrytym konarom drzew i czepiającym się obmarzłych gałązek gilom i sikorom, a wzdychał i wzdychał, i myślał nad programem oświadczyn. Myślał, ale nic nie wymyślił. Zdał wszystko na logikę przypadku, który mu dziwnie posłużył, wprowadzając do bawialnego pokoju pannę Franciszkę.
Panna Franciszka była chrzestną pana Nepomucena córką.
— Dobry dzień ci, Franiu...
— Dzień dobry panu marszałkowi...
— Jakże się spało?.. — zapytał pan Nepomucen.