Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 67
Gdyby wyjechał o południu, to musiałby się bardzo spieszyć, ażeby na ósmą stanąć w Wilnie. Lecz on o tej porze wyjechać nie mógł. Kasztan był zanadto zmachany.
Gdy Piotr wyszedł z pokoju, w którym Pan Baltazar pozostał sam na sam z zasidatelem, ani poznałbyś po nim, że ma przed sobą podróż, w którą każdy w owych czasach szlachcic wybierałby się z tydzień, i nie puścił inaczej, jak z tłómokami, zapasami i kuchnią. Piotr wyszedł wraz z ojcem.
— Zobaczmy, co też robi młodzież... — rzekł stary. — Jeżeli śpią, to pobudzimy...
Dochodząc do pokoju, w którym odbywała się zaproponowana przez swata gra,
o uszy ich odbiły się wołania:
— Rubel do puli!... tfu!..
— Dwa ruble do puli!.. tfu!..
— Dziesięć złotych do puli!.. tfu!.. Zdziwiło ich to. Postąpili kilka kroków i z progu następujący przedstawił się im widok. Na środku pokoju, w koło nogami do środka tak, że sześćdziesiąt kilka stóp formowały różny wewnątrz a regularny krąg, leżało na wznak na podłodze trzydziestu kilku półnagich ludzi młodych. Ciała ich tworzyły promienie koła. Jeden wywoływał wysokość stawki — drugi pluł z całej siły do góry. Była to gra pierwotna, tylko udoskonalona.
Pan Nepomucen i Piotr postali na progu przez chwilkę, popatrzyli i pierwszy zawołał:
— A pfe!.. wstydzilibyście się!..
Na to wołanie wszyscy się raptem zerwali. Jedni uciekli pod kołdry, inni otoczyli pana Nepomucena.
— Bawiliśmy się.. — wołali.
— Piękna mi zabawka!.. — odrzekł pan Nepomucen.