Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 66
Było to posiedzenie przyzwoite i zacne i dlatego właśnie zabronione. A że było zabronionem, więc jądrem onego stała się polityka i to jądro stanowiło pewien rodzaj ram patryotycznych, w których nie mogło pomieścić się nic innego, tylko to, co się zgadzało z prawami i potrzebami narodu. Patryotyzm przeto, czysty, młodzieńczy, po Zanie odziedziczony, przenikał literaturę na wskroś i wnikał w umysły i serca wszystkich, biorących w posiedzeniach udział.
Jądro polityczne składało się z kilkunastu ludzi młodych, którzy w tłumie niczem się od innych nie odróżniali. Dopiero, kiedy około ósmej literackie posiedzenie zostało zamkniętem, oni pozostali i ścisnęli się około tablicy. Wówczas dopiero można było poznać, że w tem jądrze, było jeszcze jądro, a to ostatnie stanowili ci czterej, którzy przy stoliku siedzieli. Pomiędzy nimi jeden pełnił funkcyę przewodniczącego.
— Teraz kolej na politykę... — odezwał się przewodniczący, gdy obszerna sala stała się prawie pustą. — Mamy listy do odczytania, sprawozdania do wysłuchania i naradę do odbycia, lecz musimy się z tem wszystkiem wstrzymać do ósmej. Niema jeszcze Piotra. On wie, że dziś o ósmej główne posiedzenie; musi przybyć...
— Czemuż się tak spóźnia?... — ktoś zapytał — ósma za kilka minut... Jeżeli dotychczas nie przybył, to może już i nie przybędzie...
— Przybędzie... — odparł przewodniczący głosem takiej pewności, że wszelkie powątpiewanie ustało.
Snadź znał on Piotra, który nie żadnym jest innym, tylko tym samym, co noc z szóstego na siódmy przepędził na siodle ż wichrami w przegonach.
Siódmego o półudniu widzieliśmy go w Wołczyku. Z Wołczyka do Wilna równo mil czternaście.