Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 64
łem... Trzymam się wczorajszego.. Straciłem tysiąc rubli... Więc mi je oddacie, panie marszałku...
Pan Baltazar chrząknął, zakaszlał i odpowiedział:
— Dobrze...
— To pierwszy warunek... Drugi bardzo lekki... Jaśnie wielmożny pan marszałek wyswata mi pannę Różę Wiczównę...
— Pan Baltazar szeroko otwartemi wpatrzył się w niego oczami.
— Tysiąc rubelków natychmiast, a panna Róża za dwa tygodnie... — rzekł zasidatel dobitnie, stuknąwszy dłonią o stół.
— Zmiłuj się!.. — zawołał po chwili pan Baltazar. — A toć to niepodobieństwo!..
— Jeżeli to jest niepodobieństwem, to podobieństwem będzie przejechać się tam, gdzie sobole się rodzą...
— Wolę ci dać tysiąc pięćset rubli..
— Nie...
— Tysiąc sześćset...
— Nie...
— Dwa tysiące...
— Nie... Ani trzy, ani cztery... Panna Róża, jako dobra Polka, zrozumie, że warto się poświęcić dla uratowania kilkudziesięciu obywatelów... Zresztą, ja chcę zrobić się Polakiem i będę nim, niech tylko dostanę pannę Różę... Dla panów oto wóz i przewóz: albo panna Róża, albo Sybir... A tysiąc rubelków na stół... Pan Baltazar nic nie mówiąc wyliczył żądaną kwotę. Wyliczywszy, trzymając w ręku drugi tysiąc, jeszcze próbował wytargować na Mikołaju Pawłowiczu zmianę warunku. Cala jednakże wymowa nie zdała się na nic. Zasidatel był niewzruszony. Schował tysiąc rubli w zanadrze i odjechał, pożegnawszy się z panem Baltazarem przez podanie ręki, którą marszałek serdecznie uścisnął, spodziewając się go jeszcze zapewne ugłaskać.