Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 63
uśmiechem — taka sztuczka pachnie dla jednych katorgą, dla drugich posieleniem...
— Ależ ja przepraszam... — przerwał pan Baltazar.
— Ta!.. — odparł zasidatel. — Nie mnie tu już przepraszać należy...
— Ależ... — znów przerwał zmieszany pan Baltazar...
— Ale... — odrzekł zasidatel spokojnie — ja wam, panowie Polaki, złego nie życzę... Chciałbym tę rzecz załagodzić, lecz o tem mogę tylko we cztery oczy z jaśnie wielmożnym panem marszałkiem mówić...
Usłyszawszy te wyrazy, pan Nepomucen i Piotr wynieśli się z pokoju. Mikołaj Pawłowicz ciągnął:
— Mogę tę rzecz udusić, pod warunkiem...
— O, co tak, to lubię... — podchwycił marszałek, udając dobroduszną otwartość. — Nie byłeś nigdy złym człowiekiem... Jesteśmy z pana, panie Mikołaju Pawłowiczu, bardzo kontenci... Daj nam, Boże, po wiek takich zasidatelów...
— To mnie bardzo cieszy... — odrzekł Mikołaj Pawłowicz.
— No, zobaczmy, cóż to za warunek?.. — zapytał marszałek.
— Straciłem wczora tysiąc rubli...
— Czyś przegrał?.. — podchwycił pan Baltazar.
— Nie... innym sposobem... Straciłem więcej... no!.. ale się o tem dopiero dziś dowiedzia-