Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 58
wiedzią na tę propozycyę. Natychmiast rozpoczęła się gra, w której łysy szlachcic był snadź wyćwiczony, bo kiedy rzadko któremu udało się stawkę wygrać, on giął parole i parę razy zabrał pulę. Radość i śmiechy towarzyszyły tej zabawce niewinnej. Nie jeden bowiem sam sobie lub innemu oczy zapluł. Tej gimnastyce piersiowej oddawało się trzydziestu kilku ludzi, poetycznie zwanych kwiatem młodzieży — politycznie, nadzieją narodu.
Starsi, po dwóch, po trzech, rozkwaterowani byli w osobnych pokojach, wyjąwszy pana Nepomucena, który stał sam jeden.
Pan Nepomucen o jedenastej od czterech godzin był już ubrany. Najwcześniej poszedł spać, najwcześniej też wstał i dla rozrywki czytał Myszeidę, lecz rozrywki w czytaniu znaleźć nie mógł. Niepokoiło go zniknienie Piotra, o którem tyle się tylko dowiedział, że o zmroku, kiedy burza najmocniej szalała, kazał sobie podać konia i pojechał. Gdzie? po co? — to było zagadką, która w oczy staremu z pomiędzy wierszów lazła. Nie lękał się on o syna, ale nie mogły ojcu w myśli nie stać: zawierucha i połączone z nią niebezpieczeństwa. Niepokój jednakże wnet przeminął, gdy nagle, o jedenastej, znikł onego powód; Piotr, przyjechawszy, udał się wprost do ojca, którego na dobry dzień w rękę pocałował. Stary ani go zapytał: gdzie i poco jeździł? Tylko zawołał:
— Ależeś się uśnieżył!..