Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 57
— Zły, czy nie zły? to mi tam wszystko jedno, ale on... nie daruje swego...
— No, cóż zrobi!..
— Gotów się o Lotkę upomnieć... Szkoda charcicy...
Młodzież huknęła choralnym śmiechem, swat zachował minę seryo.
— Ot, nie frasuj się... — odezwał się jeden — wszak to były tylko zaręczyny... Slubu z Lotką nie wziął.. Można do tego nie dopuścić...
W podobnym guście dogadywali różni, sadząc się na dowcipy. Łysy szlachcic milczał i w sufit patrzył.
— Trzeba swata rozerwać, bo nam zesmutnieje z żalu za Lotką... — rzekł któryś.
— Chyba załóżmy gierkę... — odrzekł inny.
— Do gierki trzeba wstać, a wstawać się nie chce...
— Nie koniecznie wstawać... — podchwycił łysy szlachcic. — możemy grać leżąc i to na wznak, tak jak ja...
— A to ciekawa byłaby gra!.. — odezwał się jeden z leżących.
— Bardzo prosta.. — odparł szlachcic. — włóż rubla do puli — stawka... i pluj na sufit. Dosięgniesz, wygrałeś, nie dosięgniesz, stawka przepada i pula się powiększa... Wolno giąć parole, łamać lape, stawiać wabank, przenosić, passować... W końcu równy podział...
Jednogłośny okrzyk "brawo!" był odpo-