Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 56
Zajrzyjmyż teraz na stronę męzką. Tam siana w bród, a na sianie kobierce, a na kobiercach pościel, a na pościeli szlachta pokotem. Pobudzili się, wyciągają się i lulki pozakurzali. Kurzą, sinawy dym wzbija się pod sufit i układa w obłoki — gwarzą. Treścią i sensem toczących się rozmów jest ów dwuwiersz ruskiej piosenki:

— I ta harna i ta harna, i ta ne pohana,
Meży nymy moja Handzia jak namalowana.

Pokotem leżą młodzi. Pomiędzy nimi łysy szlachcic, choć nie młody ale do młodych przystał. Dostał od wczora przydomek "zasidatelski swat, " albo krótko "swat." Już go nie tytułują kapitanem, tylko swatem i on kontent. Leży na wznak głową na skórzanej poduszce, okryty grubą, wełnianą kołdrą, wpatrzył się w sufit i myśli. O czem myśli? — natychmiast powiem, bo oto usiadł jakiś młody szlachcic, obejrzał się i zapytał:
— Swacie, o czemeś się zamyślił?..
— O tem, żem głupstwo wczora spłodził... — odpowiedział, nie zmieniając pozycyi, zapytany.
— O! o! o!.. — odezwało się kilka na raz głosów, a jeden zagabnął:
— Czyż myślisz, że będzie z tego jaki ambaras?..
— Będzie... — i westchnął.
— II nie lękaj się... Zasidatel ma strawny żołądek, a przytem to nie zły człowiek...