Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 55
gląda i uśmiecha się. Widzi jakieś przed oficynami zaprzężone sanki.
— Ktoś odjeżdża... Któż to odjeżdża?.. Jak można odjeżdżać, nie wysiedziawszy w Wołczyku przez trzy dni?..
Takie się jej myśli po głowie plątały. Wkrótce jednakże znalazła się na zapytanie odpowiedź, która całą rzecz wytłumaczyła:
— A! to zasidatel...
I przypomniała sobie wczorajszego poloneza i spojrzała na swoje paluszki, które ją jeszcze od uścisku zasidatelskiej łapy bolały, i wystąpił na jej lica rumieniec zawstydzenia.
Nagle krzyknęła och! i oderwała główkę od szyby.
Czegóż krzyknęła? — zlękła się? — czego? — Oto, jakby wyrosły z pod ziemi, szronem cały okryty i na zmęczonym koniu, ukazał się jej pan Piotr.
Przylgnęła znów do szyby — już go nie było, tylko kasztanek z zarzuconemi na siodło cuglami szedł powoli ku stajni.
W serduszku Rózi zrobiło się tak, jakby się nigdy na pana Piotra nie gniewała. Po główce jej kręciły się myśli:
— Przyjechał... Dobrze że przyjechał... Cały w śniegu?.. Dzień taki piękny... Czemuż on cały w śniegu?.. W tem coś musi być.. Koń taki zmęczony... Czemu taki zmęczony?.. W tem coś musi być...
I na tem tle poczęła malować domysły.