Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 54
— Ot tak, po prostu... służyłem paniom z Poderniszek za przewodnika w czasie zawieruchy... Cóż ja się namęczył! ha-hal
Rozjechali się: Piotr do dworu, zasidatel ze dworu.
Jedenasta godzina była chwilą, w której goście zaczynali się budzić i wstawać. W gościnnych pokojach, na damskiej i męzkiej stronie, panował ruch. Paniom panny służące roznosiły kawę, herbatę. W jadalnej sali przygotowywano śniadanie.
Zajrzyjmy na chwilę do dam, ale tylko na chwilę, na bardzo krótko. Przyzwoitość nie pozwala zatrzymywać długo czytelnika śród płci pięknej w momencie, kiedy ona odbywa przemianę z obwiniętej kołdrą, w nocnym czepeczku i papilotach, gąsienicy, na świecącego blaskiem i barwami motyla. Panował tam nieład okropny — możnaby powiedzieć — okropnie zachwycający, i właśnie dlatego wymagający rzucenia nań zasłony. Zakryj czytelniku ręką oczy, ale tak, ażebyś szpar pomiędzy palcami nie zostawił, przejdź ostrożnie przez kilka pokojów, ale tak ostrożnie, ażebyś się o co nie zaplątał, lub czego nie wywrócił i nie rozlał, wejdź do pokoju, którego okna patrzą na podwórze i spójrz. Przed oknem w kacawajce, białej spódniczce, białej na głowie chusteczce, jeszcze nie umyta ani zaczesana, siedzi Rózia. Wychuchała sobie jasne kółeczko w zamarzłej szybie i wygląda. Wy-