Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 53
rzam, rezultat był pocieszającym, ale nie dla rozkochanego. Piotr wolałby inny, lecz rady nato nie było żadnej. Jedyne co pozostawało, to — wracać.
Kto inny na miejscu Piotra kląłby i gniewał się. On poprostu konia zawrócił i skierował się ku Wołczykowi, czyniąc w ten sposób zawód nadziejom Hilferdinga, który go oczyma zasidatelskiej duszy widział śpiącego snem wiecnym na dnie jakiej przepaści, albo też w sinych nurtach Niemna, lub pod lodem którego jeziora.
Jakim cudem Piotr wszystkie wyminął niebezpieczeństwa, zacząwszy od największego, w Rzymie? — na to inaczej odpowiedzieć nie umiem, tylko: cudem. Miał być zamordowany; powinien był się zapaść, utopić; powinien był zmarznąć: — i pomimo tych wszystkich "powinien," zdrów i cały, tylko setnie zmęczony, około jedenastej przed południem wjeżdżał w bramę wołczyckiego podwórza i spotkał się z wyjeżdżającym Mikołajem Pawłowiczem Hilferdingem. Zasidatel spojrzał na niego z ukosa sztyletowym wzrokiem i syknął przez zęby:
— Sukin syn...
A głośno zawołał:
— Dzień dobry panu dobrodziejowi!.. Wracamy z niczem... Gdyby nie ja, pani sędzina nie dojechałaby do Wołczyk...
— Jak to?.. — zatrzymując konia zapytał pan Piotr.