Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 52
głosów ludzkich, skrzypienia sani, prychania lub rżenia koni, albo też palenia z bata. Wytężał więc słuch i krążył w zygzaki po błędnych drogach, na które go podstęp Cezara rzucił. Kasztan w niektórych miejscach zapadał w śnieg po uszy i darł się, rozbijając zaspy piersiami i kopytami; na zwianych zaś obszarach mknął niby strzała. Piotr go czasami wstrzymywał i słuchał, niekiedy zdawało się mu, że coś słyszy, jakieś głosy, niby wołanie o pomoc. Zwracał się w tę stronę, pochylał się ku końskiej grzywie, klaskał językiem na kasztana i wichrem sunął — i przekonywał się, że to było jęczenie wichrów.
Zjeździł całą przestrzeń pomiędzy drogą a Niemnem — nic nie znalazł, bo nic znaleźć nie mógł.
Jeździł przez noc całą. Myśl powrotu, póki było ciemno, ani mu do głowy zawitała. W wyobraźni wciąż mu stała ona — w rozpaczy. A kiedy zaświtało, jeszcze za nią gonił.
Nadedniem wiatr ucichł zupełnie, tumany opadły jutrznia zarumieniła się na pogodnem niebie. Dalej i słońce zeszło. Piotr obleciał całą przestrzeń pomiędzy dwoma borami i przekonał się, że sędzina z córkami musiała przepędzić noc albo w Poderniszkach albo w Wołczyku.
Taki rezultat całonocnych trudów — trudów, o których, dla nierozwodzenia się nad niemi, powiem krótko, że tylko taki jeździec i taki koń mógł je wytrzymać — taki, powta-