Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 51
Piotr przed paru laty ukończył wileński uniwersytet.
Czego się uczył, umiał gruntownie, a przytem był doskonałym fechmistrzem, strzelcem i jeźdzcem, sypiał na twardej pościeli, Żywił się lada czem, był silny i wytrzymywał trudy, jak staro-rzymski legionista. Na polowanie miał zwyczaj chodzić z Owidyuszem lub Cyceronem w kieszeni, co mu bynajmniej nie przeszkadzało zoczyć przemykającą w zaroślach sarnę, ani też o sto kroków odyńcowi kulę pod lewą łopatkę wpakować. Miał przytem inny jeszcze zwyczaj: nigdy inaczej, czy to latem, czy zimą, nie odbywał podróży, tylko konno. Mówię wyraźnie: podróży — nie parogodzinnych wycieczek. Po ukończeniu uniwersytetu objechał domy swojej rodziny i kolegów rozrzucone po Królestwie, Wołyniu, Podolu, Ukrainie i Białorusi. Przy tej okazyi odwiedził wszystkie miejscowości pamiątkowe. I całą tę podróż odbył wierzchem. Tylko na okazyę tego rodzaju, co imieniny, jechał za nim pachołek.
Z powodu tego zwyczaju lubił konie i znał się na nich. Trzy jego wierzchowce były skończonemi w rodzaju końskim doskonałościami — rącze, silne i ładne. Jeden z nich, brudno-kasztanowaty z gwiazdką na czole, arabskiej krwi ogierek. przyniósł go do Wołczyka i nosił przez całą noc po polach, rozlegających się pomiędzy wołczyckiemi a poderniskimi borami.
Mróz cisnął, wiatr szumiał, tumany śniegu niosły się powietrzem, ciemność rozlewała się dokoła. — Piotr rznął się przez śniegi i ciemności, szukając sani z Poderniszek.
O wypatrzeniu ich nie było co myśleć. Wzrok ginął w szarej otchłani, jednakowej z przodu
i z tylu, na prawo i na lewo, w górze i w dole. Jedyna nadzieja polegała na słuchu — na ułowieniu uchem i odróżnieniu od ryku burzy