Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 5
Ale pytania te traktowano jak muchy jesienne. Odpędzano i zabijano. Konfederacja, powstanie, legjony, wojny — wszystko to minęło. "Ojczyzna minęła także." Dla niej było westchnienie — a westchnienie jest objawem miłości. Czyż tego nie dość? — Głową muru nie przebić. Muszę na lwa się nie porywać. Trzeba z rezygnacją przyjąć co jest — "Pana Boga chwalić, sztukę mięsa walić" i dziękować Bogu, że nie spotkało nic gorszego.
I było wesoło. Królestwo posiadało konstytucyę. Litwa i Ruś spodziewały się "lada wiosna" być przydzielonemi do konstytucyi królestwa. Czegóż było chcieć? Czemuż nie było się weselić? — To, czego nie dokonały ani konfederacya, ani powstanie, ani legjony, ani wojny, miał zrobić cesarz Aleksander, czyli używając nowoczesnego a w Galicyi zrozumiałego wyrażenia — miała być oddana Polakom Polska, podobna do pieczeni przy cudzym upieczonej ogniu, a oddanie to miało nastąpić na drodze legalnej. Legalizm kołysał szlachciców i śpiewał im piosenkę do snu. Słodko było spać przy tej piosence, przeplatanej zwrotkami, w których dzwoniły przeszłość i przyszłość.
Rzeczy szły trybem zwykłym.
Zapomniałem na samym początku wymienić miejsca, w którem się powieść nasza odbywa. Rzecz działa się na Litwie, w czasie pomiędzy śmiercią Aleksandra I, a wybuchem powstania w 1830 roku.