Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 49
taką pyszną jak owa, której opisanie zrobił śpiewak Pana Tadeusza. Już bo nie te były czasy. Francuzczyzna zmodyfikowała zwyczaje, zwłaszcza po domach tak zamożnych, jak pana Baltazara. Misterne blaszki zastąpiły staroświecką masywność. Dawną służbę zamienili lokaje. Wojscy wymarli. Jednakże wystawa wieczerzy odznaczała się przepychem a dobór potraw wykwintem. Nic, tylko półtorałokciowej długości szczupak na zimno, oblany białym sosem i ustrojony w desenie różnokolorowej galarety, pomiędzy którymi wiły się zielone gałązki z winogradowem liściem i gronami z kaparów, podany na srebrnym blacie, jako wstęp do wieczerzy, godzien był i widzenia i pokosztowania. A po szczupaku poszły długą koleją różne, przeróżne potrawy i przysmaki, czerpane ze zwierzęcego i roślinnego królestwa, wyborne, pachnące, nęcące zarazem i wzrok i powonienie i podniebienie. A było tego dużo, dwadzieścia półmisków, i obficie, całemi stosami.
W czasie wieczerzy zasidatel nie próżnował. Jadł i pił aż do częściowej utraty przytomności, z czego skorzystała mniej wybredna część męzkiego towarzystwa i odegrała z nim farsę, która bez poważnych następstw dla większej części znajomych nam osób pozostać niemiała.