Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 48
urzędnik śmiesznie by wyglądał podskakując jak fryga...
— Doprawdy?.. — zapytał Mikołaj Pawłowicz ze zdziwieniem.
— Niech mnie dunder świśnie, jeżeli nie prawda... — odpowiedział szlachcic. — Gdzież tobie tańczyć!., jeszcze co!..
To rzekłszy, odszedł, zostawiając zasidatela samego.
Mikołajowi Pawłowiczowi, jak zresztą każdemu urzędnikowi, wielce chodziło utrzymanie rządowej powagi. Postał więc, pomyślał przez chwilkę, ręką machnął i rzekł sam do siebie.
— Czort pabieri!..
I począł tłuc się, jak ćma, po wszystkich kątach, czepiając się to pojedyńczych osób, to galeryj, aż ugrzązł w galeryi otaczającej grających w djabełka. Stosy bomażek i kupy srebra i złota oczy mu zrywały. Przypatrywał się kaprysom fortuny i brał żywy udział w niepokoju tych, co z losem walczyli. Usiadł na rogu stołu, łokieć oparł na kolanie a brodę na dłoni i głuchy na muzykę i okrzyki uciechy, których odgłos z balowej dolatywał sali, wpatrując się półsennemi oczami w padające na prawo i lewo karty, przesiedział w takiej pozycyi do północy, to jest do chwili, w której goście powtórnie powołani zostali do jadalnego salonu na wieczerzę.
Pozwolę sobie opuścić opis zastawy stołowej. Powiem o niej tyle tylko, że nie była