Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 47
— Czego wzdychasz, panie zasidatelu?.. — odezwał się głos tuż przy nim.
Mikołaj Pawłowicz zwrócił oczy i ujrzał obok siebie łysego szlachcica z tabakierką w ręku.
— Czego wzdychasz?.. — powtórzył szlachcic zapytanie.
— Czort pabieri! panie kapitanie... — odpowiedział Mikołaj Pawłowicz. — Nigdym jeszcze z Polkami nie tańcował... Od trzech lat jak tu jestem zasidatelem, zbieram się i przypatruję... i przypatrywałem się jeszcze jakiem był praporszczykiem w koływańskim pułku i pod Warszawą na kwaterze stał... i chciałem sobie dziś potańcować, aż tu mnie mówią, że nie taki zwyczaj...
— Et, pluń na to i zażyj tabaczki... — odrzekł szlachcic, podstawiając mu otwartą tabakierę.
Zasidatel zanurzył w niej palce, przyłożył je do nosa, pociągnął i kilkakrotnie kichnął. Za każdem kichnięciem szlachcic powtórzył:
— Na zdrowie...
— O, po wykichaniu się będzie ci raźniej...
— Chciałbym potańcować mazurku, albo krakowiaka...
— Iii... czego się tam tobie, panie zasidatelu, zachciewa!.. Mazury, krakowiaki, są to tańce dla młodzików... Człowiek poważny.