Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 45
— Tylko bez awantury... — podniesionym głosem prosił marszałek.
— Bez najmniejszej... — odpowiedział łysy szlachcic, którego tytułowano kapitanem. — Zapomnijmy o tem co się stało, i hejże dalej w tany!.. Niech orkiestra nie dmie i nie skrzypi daremnie...
Pan Nuszkiewicz posunął się do pani Baltazarowej, pan Baltazar do pani Wiczowej a za nimi czepiały się pary za parami i poszły pod przewodnictwem pana Nepomucena, do salonu balowego, z balowego do bawialnego, poczęły się wić wężem parzystym po domu całym, po wszystkich pokojach, około wystawionych na środek mebli i balowego salonu kolumn, skręcając się i rozkręcając, niby girlanda kapryśnie przez błądzącą po domu włóczona dziewczynę. Damy płynęły gładko i równo, mężczyźni obok nich kroczyli pełni attencyi, podając im rękę to prawą, to lewą, nastawiając się to butnie, to znów z przymileniem, poprawiając czupryny, podkręcając wąs, postukując o podłogę obcasami, przyklękając na jedno kolano i tworząc rozliczne w esy i floresy figury.
Polonez szedł ochoczo. Jakże nie miał iść, kiedy orkiestra rżnęła od ucha zapomnianą już dziś nutę:

— "Nieszczęśliwy ten to
Co się wkręcił w pęto,
Krenum wenum labirenum, miłości " etc.