Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 42
niejszą obywatelką. W pierwszej parze poloneza powinien był wystąpić eksmarszałek, pan Nepomucen Nuszkiewicz, z marszałkową, gospodynią domu, panią Baltazarową Trocką. I już pan Nepomucen gładził siwe wąsy i wyloty od kontusza zarzucał — aż tu raptem wyskoczył naprzód chłystek z młodą dziewczyną.
Wszystkich to zdziwiło i oburzyło. Polonez się zatrzymał. Do balowej sali Mikołaj Pawłowicz wskoczył samowtór z zarumienioną po uszy Rózią, a minąwszy pierwszy szereg kolumn i doszedłszy do środka, stanął i obejrzał się. Muzyka brzmiała; on, trzymając silnie wydzierającą się tancerkę za rękę, stał w pustej sali z miną taką, jak człek niedorzecznością skompromitowany.
W tej chwili, w jadalnym salonie zapanował gwar, z pośród którego, niby race, wyskakiwały dobitniej wygłaszane następujące wyrazy:
— Osioł!. zasidatel!.. Pozwala sobie!. Trzeba go nauczyć!..
Wyrazów tych Hilferding nie słyszał. Głuszyła je muzyka. Więc nie wiedział, ani się domyślał, dlaczego nie widzi za sobą polonezowego węża, ani dlaczego Rózia usiłuje swoję rączkę z jego dłoni wydobyć. Dla uspokojenia jej przeto, poczekawszy przez chwilkę, przybrał minę szarmancką i powiedział:
— Panno Różo, niech się pani dobro dziejka nie szarpie... Oni zaraz przyjdą i potańcujemy sobie... Niech no się tam tylko wy-