Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 41
giętym stole. Pomiędzy samowarami, symetrycznie rozstawione leżały stosami wędliny, ciastka, bułki, pokrajany w kromki chleb, maselniczki ze świeżem masłem, garnuszki ze śmietanką, flaszki z arakiem, sery, serki, konfitury, smażone w cukrze owoce i frukta. Pomiędzy temi ostatniemi uderzały świeżością i niestartą jeszcze barwą — nb. na Trzech Króli — śliwki, wiśnie, czeresznie i maliny. W Petersburgu, za każdą w tej porze roku śliwkę, za każde trzy wisienki lub malinki, zapłaconoby najmniej rubla. To znaczy, że marszałek, w samych fruktach, jakich ze dwa tysiące rubli gościom swoim, których było osób z górą sto, do skonsumowania podał.
Gorąca herbata, po połowie z arakiem, dla spracowanego podróżą Mikołaja Pawłowicza wielkiem była dobrodziejstwem. Zrestaurował się i wpadł w dobry humor, podsycony poczuciem własnej zasługi, za którą mu na samym wstępie uroczyście podziękowali najprzód marszałkowstwo, następnie ich goście. Czuł się w polskiem towarzystwie niby u siebie. Spoglądał — jak to o nich powiadają — orłem, na krześle się wyciągał i głośno odsapywał. A gdy po skończonej herbacie, orkiestra, dawnym zwyczajem, brzęknęła poloneza, poskoczył do Rózi, podał jej rękę i w pierwszej ją poprowadził parze.
Było to wbrew wszelkim prawidłom i przyjętym zwyczajom. Tańce wypadało rozpocząć najpoważniejszemu obywatelowi z najpoważ-