Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 40
Panienki rzucały z pod oka wzrokiem
na wstrząsane wiatrem i bite śniegiem szyby. Za szybami było ciemno, straszno, okropnie. W tej otchłani przerażającej ciemności utonął pan Piotr. Na tę myśl serduszko każdej panienki niespokojnie pukało — każdej, wyjąwszy naszej Rózi, która nic o zniknięciu nie wiedziała. Postrzegła jednakże brak pana Piotra, a postrzegłszy, pomyślała sobie.
— To ślicznie!. nie przyjechać, wiedząc, że ja przyjadę?.. A, panie Piotrze!.. tegom się nie spodziewała... Pan Piotr nie chciał się na zawieruchę narazić...
I dodawała w głębi myśli:
— Dla mnie...
I gniewała się — na zasidatela, na miejscu którego wolałaby widzieć pana Piotra.
— O, panie Piotrze! kwita pomiędzy nami... Od tej chwili przestaję z panem grać w zielone... Połowę listka, coś mi pan dał., rzucę...
I zlękła się własnego postanowienia.
— Nie!.. — zawołałaby, gdyby głośno myślała — nie rzucę, tylko, jak mnie zapyta, powiem mu...
— Cóż mu powiem?..
Biła się z myślami i stosownego na odpowiedź wyrazu znaleźć nie mogła. Trudnoż bo było porządkować myśli w salonach napełnionych gośćmi, i brzmiących gwarem rozmów i ruchem rozpoczynającego się balu.
Nasze panie z Poderniszek trafiły właśnie, kiedy zasiadano do herbaty, zastawionej w sali jadalnej, a zastawionej z przepychem i wykwintem, godnym powagi marszałkowskiej: filiżankami z chińskiej porcelany, szklankami z rzniętego szkła, srebrnymi wyzłacanymi kubkami, dzbanuszkami, talerzami, koszykami, tacami i olbrzymiemi a jak parowe maszyny szumiącemi samowarami, wznoszącemi się niby mosiężne urny na długim, zakrytym cieniutką holenderską bielizną, w podkowę za-