Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 4
Nie pamiętam tych czasów, bom się urodził na rok przed śmiercią Aleksandra I. Dużo jednakże, zwłaszcza w dzieciństwie, nasłuchałem się o nich. Było w Polsce wesoło. Chłop chodził w jarzmie poddaństwa, pańszczyzna kwitła, szlachcic na własnej wiosce był małym królem, ześrodkowującym w ręku swoim władzę prawodawczą, sądowniczą i wykonawczą, za którą odpowiedzialnym był tylko przed Bogiem. Istniały tam wprawdzie prawa jakieś, ale te go nie obowiązywały, chyba że miał proces z innym szlachcicem lub popełnił zbrodnię na osobie poddanego nie własnego. Względem poddanego, prawem była jego wola.
— Tak chcę i tak być musi...
"Tysiąc pługów na obszarze
Orze zagon, gdy pan każe."
W dwóch tych wyrazach "pan każe" zbiegały się się wszystkie definicje i szczegóły stosunku szlachcica do chłopa.
I było dobrze.
Każdy jednakże szlachcic czuł, że mogłoby, że powinno być lepiej, bo każdemu w sumieniu tkwiły pytania: dla czego to była konfederacya barska? jaki sens miało powstanie Kościuszkowskie? co znaczyły legjony polskie? na co polskie kości ubieliły wszystkie pobojowiska, na które Francya, zrazu republikańska, następnie cesarska, wyzywała narody?.. — Czy na to, aby wywalczyć pańszczyznę?.. a z nią nieograniczone do chłopskiej skóry prawo?..