Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 38
— Ktoś przyjechał.. — zawołał Hilferding.
— Cezar!.. — huknął głos z nadworu.
— To Szymon, lokaj z Poderniszek... Pani jedzie do Wołczyka... — rzekł prędko arendarz i chwytając za latarnię, wybiegł z karczmy.
Za nim z długiego marzenia raptem przebudzona wybiegła arendarzowa.
Za arendarzową, zarzuciwszy szybko futro na plecy, wyszedł Mikołaj Pawłowicz.
Zawierucha wciąż jeszcze szalała, pomimo że wiatr o wiele stał się słabszym. Przy blasku latarki, którą Cezar zaświecił, widać było kryte, obszerne sanie, a z głębi budy z poza fartuchów, futer i chustek, wyglądało trzy pary ócz i wydobywały się głosy kobiece. Z tych jeden najpoważniejszy zasięgał u Cezara rady: jechać dalej, czy wracać do Poderniszek?..
— W lesie niema takiego wiatru, a choćby był, to konie same do domu trafią... — mówił głos.
— Jechać dalej, pani dobrodziejko... — odpowiedział Hilferding. — Ja tu na panie od trzech godzin czekam... Ja poprowadzę... Proszę się nie bać... Będę jechał przodem... Mój Grysza drogę zna, że z zawiązanemi trafi oczami...
— Bierzesz nas pan na swoją odpowiedzialność?.. — zapytał głos poważny.
— Biorę... Jeżeliby się co złego stać miało, to najprzód mnie... Ja uwiążę do moich sanek latarnię... Proszę się nie bać... Ja za panie w ogień bym skoczył... Proszę jechać..
— Cóż ty na to, Cezar?... — znów ten sam zapytał głos.
— Co ja na to?.. Ja na to, że niech wielmożna pani na pana zasidatela się spuści... Pan zasidatel na wiater nie gada... Chciał już za wielmożną panią do Poderniszek jechać... A taki był niespokojny, jakby za rodzoną matką...
— Więc kiedy tak, to pojedziemy... — zapadło postanowienie.
Za kilka chwil sanki Mikołaja Pawłowicza były już zaprzężone. Jęk dzwonka zmięszał się z jękiem wiatru. Uwiązana latarnia zamrugała bladem światełkiem. Maciej palnął z bata. Sanki zasidatelskie ruszyły przodem, kryte sanie posunęły za niemi.