Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 36
Grysza na pięcie się zwrócił i znikł w cieniu szynkownej izby. Hilferding posłał za nim jeden z tych duserów, których język nasz, pomimo tak długiego o rossyjski ocierania się, sobie nie przyswoił, i zapewne nigdy nie przyswoi.
— Nu, tysiąc karbowańców z przed nosa... fiu... uleciało... Wszystkiemu winien ten padlec...
I palcem w stronę, w której znikł Grysza, groził.
— Wszystkoby inaczej było poszło... — odezwał się Cezar z pod pieca — gdyby wielmożny pan mnie był posłuchał, rybki przekąsił i wiszniaku się napił... Byłbym panu dał przed śniadaniem kieliszek fajn jałowcówki...
— Daj teraz... na frasunek... — podchwycił Hilferding. — Trzeba robaka zalać...
— Trzeba było go podlać, toby się jak lew rozsrożył...
— Zapóźno... ha!., cóż robić?.. Chybaby się jeszcze powrócił ten szlachetką, co po mrozie z gołemi jeździ uszami i tysiąc karbowańców nosi...
— Kto wie.. I to być może... — odrzekł żyd, wydobywając, ze stojącej w głębi izby szafki, flaszki, kieliszki, lampki, talerze i ustawiając je przed zasidatelem.
— E, niech jedzie na złamanie karku... — odparł ten ostatni, ujęty zapewne za serce widokiem płynnych specyałów, nęcących kolorem i zapachem. — Dobrze, żeś go w przeciw-