Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 35
Resztę tej skargi żalu dokończył giestem. Dłonią po dłoni musnął, prawą rękę wyciągnął i machnął nią w powietrzu.
— Ale... o!., człek przez całe życie się uczy i w końcu durniem umiera... Gdyby się druga taka trafiła okazya, to jużbym nie zapomniał języka w gębie... Temu wszystkiemu winien ten padlec, Grysza...
— Cóż on winien?..
— Czemu sukinsyn zasnął!.. Kiedy ja nie' śpię, to i on spać nie powinien...
I począł wołać:
— Hej!.. Grysza!.. Hej!., wstawaj!..
W szynkownej izbie dało się słyszeć chrząkanie i we drzwiach stanęła z wyrytym na twarzy wyrazem zbójectwa postać, ubrana w długi, burą świtą pokryty kożuch, w wielkie buty, w ciepłe rękawice i w nasuniętą na uszy baranią czapkę, z pod której widać było nachmurzone brwi, niepewnego koloru oczy, szeroki nos i gęstą ciemną brodę, zakrywającą trzy czwarte policzków. Z pod brody przeglądał nagi, gruby a krótki czerwony kark.
Był to furman pana zasidatela.
— Ty spał?.. — zapytał go groźnie po rossyjsku ten ostatni.
— Spał, wasze błahorodje...
— Jakże ty śmiesz spać, kiedy ja nie śpię?!..
— Winował, wasze błahorodje...
— Paszoł won!...