Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 34
— Cóż ty tam szwargoczesz, jewreju przeklęty!.. — zawołał rozwścieklony przestrzegacz publicznego porządku. Otworzyłeś klatkę i wypuściłeś ptaszka, który sam w nienastawiony wlazł samotrzasku.
Żyd za całą odpowiedź ramionami ścisnął
— Czemuż, sukinsyn! nie odpowiadasz?..
— Nu, a nacóż ja mam daremnie język trudzić?..
— Kiedy ja pytam, to odpowiadaj, bo ty wiesz, że ja na ciebie mam kandały i katorgę...
— Nu, to niech wielmożny pan pyta..
— Na coś ty tego szlachcica wypuścił?..
— On sam wyszedł... Ja jemu tylko poświecił?..
— Na cóżeś ty mu świecił?..
— Żeby było widniej wielmożnemu panu zasidatelowi...
— Mnie?.. — zawołał Hilferding, zmarszczywszy brwi i wyciągając szyję.
— A komuż?.. On szedł prosto na wielmożnego pana, a ja za nim... Wielmożny pan był z przodu, a ja z tylu... Nu, cóż ja winien, że się jemu wielmożny z drogi ustąpił i jeszcze ukłonił?.. Ja myślałem, że się wielmożny pan rozmyśli!?..
— Czort pabieri!.. — krzyknął zasidatel i dłonią po czole palnął — kto durak?.. Ja sam durak!.. koń rubli dwieście, sobole trzysta, ze dwieście w pularesie a trzysta w zegarku, berlaczach, łańcuszku, spinkach i śledztwie, razem rubli tysiąc: i wypuścić to tak?..