Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 33
— Coś warte i śledztwo...
I spojrzeli sobie w oczy błyszczącymi w półcieniu oświeconej z alkierza izby wzrokami.
— Trzeba Gryszę zbudzić... — odezwał się drżącym Mikołaj Pawłowicz głosem — jemu to nie pierwszy raz...
Nagle zabrzmiał głos pana Piotra, najprzód zwykle, potem rozkazująco:
— Pod śniegiem ją wynajdę... Żydzie! poświeć!..
Cezar poskoczył, pochwycił lichtarz i wyniósłszy go do szynkowej izby, oświecił zbladła, niby z przestrachu twarz zasidatela. Piotr przeszedł obok niego, ukłonił się mu, wyszedł do sieni, z sieni, na dwór, odwiązał konia, wskoczył na siodło i znikł w tumanach śniegu.
Cezar, wracając ze świecą, przeszedł mimo stojącego wciąż w osłupieniu Mikołaja Pawłowicza, wszedł do alkierza postawił lichtarz na stole, a sam stanął na dawnem swojem pod piecem miejscu.
Upłynęło minut kilka, nim zasidatela opuściło osłupienie. A gdy to nastąpiło, wpadł w furye i z pełnemi klątw ustami powrócił do alkierza i usiadł przy stole. Sród istnej powodzi klątw wyrwały mu się wyrazy:
— Wot durak!..
Żyd najspokojniej w świecie nucił sobie pod nosem:
— Bim bam bim...