Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 31
— Piotr Nuszkiewicz... Jaki go czort tu przyniósł?.. Co jemu do pani z Poderniszek?.. Czyżby?.. A tożby, gdyby on był sam jeden!.. Gdyby był moim współzawodnikiem, toż teraz mógłbym się go gładko pozbyć i na zamieć zwalić.. i śledztwo prowadzić i wyrok dać: "umarł z przemarznięcia..." Stary musiałby mi jeszcze grubo zapłacić, żeb wremiennaho oddielenja nie sprowadzał...
I oczy błysnęły mu tym ogniem, jakim strzelają oczy kota na widok myszy — i padły na dorodnego młodzieńca, który w tej chwili we drzwiach alkierza się ukazał. Na nim było futerko sobolowe, na nogach cienkie berlacze do kolan sięgające, na głowie z siwego krymskiego baranka płytka czapeczka, bokiem ku lewemu pochylona uchu. Zawiesisty wąs, obciążony długimi soplami lodu, okrywał mu wargi. Na brwiach, nad brwiami i na nieprzykrytych czapeczką włosach, mszył się nabity śnieg. Twarz od wiatru miał czerwoną lecz nie dygotał od zimna. Stanąwszy we drzwiach ściągnął sople z płowych wąsów, strzepnął śnieg z szatynowych włosów, obtarł woniejącą, batystową chustką brwi i z uśmiechem powitał Mikołaja Pawłowicza.
— Cóż pana tu sprowadza?.. — zapytał.
— A pana dobrodzieja, co sprawadza?.. — odpowiedział zapytany zapytaniem.
— Mnie zawierucha...
— A mnie służba...