Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 3
sięgamy — dla czego? — bo każą — inaczej: dla uniknienia nieprzyjemności, jakieby na nas ściągnęło odwołanie się do zasad moralności, do drugiego Bożego przykazania, do komentarza, jakim to przykazanie Chrystus opatrzył. Że nie jest to bez smutnego na narodowy nasz charakter wpływu, temu zaprzeczyć nie można.
Do najgorszego jednak ludzie z czasem się przyzwyczajają. Mitridates — powiadają — przyzwyczaił się był do trucizny. I nasza społeczność przyzwyczaja się dziś do niewoli, a z nią i do jej następstw. Bóg wie, w coby się obróciła Polska, gdyby nie ofiara, powtarzająca się peryodycznie i naród z upadku dźwigająca. Nasza martyrologia jest naszem zbawieniem. Religja ojczyzny daje nam świętych, którzy narodowi upaść nie dają.
A że przyzwyczajamy się do niewoli, powołuję się na świadectwo ludzi starych, pamiętających czasy między 1815 a 1831 rokiem.
Spełnienia zamiarów oczekiwano co wiosna. Wiosny wprawdzie jedna po drugiej przemijały, lecz oczekiwanie nie przemijało, tylko się przewlekało. Spełnieniu przeszkadzały przyczyny od autora niezależne.
— Niechajno... — kładli jeden drugiemu w ucho wiejscy politycy, i z rezygnacją następnej, potem znów następnej wyglądali wiosny. A tymczasem wprawiali się powoli do noszenia obroży, która prawdę powiedziawszy, nie bardzo szlachcicom zawadzała.