Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 27
— Już ona nie przyjedzie... Ktoby na taką zawieruchę jeździł...
— Cóż to wielmożnemu zasidatelowi na na tem zależy, ażeby się pani sędziny w Rzymie doczekać?.. —
— Nie o sędzinę mi chodzi!.. — odparł zasidatel żywo — Czort pabieri! starą babę i jej starszą córkę sekutnicę, co spogląda na mnie, jakby mnie zjeść chciała... Chcę się doczekać Rózi i posłużyć jej za przewodnika przez śnieżyste zaspy...
— E... — odezwał się Cezar i językiem cmoknął, — Hm... A toć to wielmożny pan ma niczego oko...
— Ależ-bo ładna, szelma...
— Nu, nu. To nie ma co o tem mówić...
— Dlaczego?..
— Ładnem jest słońce, ładnemi są na niebie gwiazdy, a niechżeby mnie albo panu zachciało się dostać słońca, albo której z najmniejszych gwiazdeczek...
— Iii... — podchwycił Mikołaj Pawłowicz. — Ty bo, Cezar, gadasz z wysoka, od gwiazd... Bierz się niżej... Ja taki człowiek jak każdy inny...
Arendarz spojrzał szyderczo. Co Hilferding zrozumiał widać, bo odpowiedział.
— Taki akurat ruski, jak i ty. Urodziłem się ni tem ni owem... Było mi potrzeba, zrobiłem się Ruskim... Byłoby potrzeba, zrobiłbym się Niemcem... Będzie potrzeba, zro-