Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 26
Złodziejstwo jest także rabunkiem, tylko zamaskowanym, i dlatego tem właściwszem dla ludzi, których głównem zadaniem jest szpiegostwo. Wykradanie pieniędzy ćwiczy w wykradaniu tajemnic. Pierwsze urzędnik zachowuje na własny, drugie oddaje na państwowy użytek. I jemu z tem dobrze i państwu dobrze. Dwa interesy idą w parze, wspierając się wzajemnie, a tak są z sobą związane, że jeden bez drugiego istnieć nie może. Ale czyż każdy urzędnik koniecznie muci być złodziejem?..
Koniecznie — każdy policyjny, z tym dodatkiem, że specyalnością tego ostatniego są konie. Każdy bowiem ma swoją specyalność. Zgrzeszyłbym przeto przeciw prawdzie, gdybym jako nie złodzieja przedstawił czytelnikom Mikołaja Pawłowicza Hilferdinga.
Był złodziejem, ale obok tego uchodził za poczciwego człowieka. Tą szczególnego rodzaju reputacyę zawdzięczał uczynności z jaką załatwiał szlacheckie, kryminałem pachnące interesiki. Umiał za pieniądze "chować — jak rossyjskie powiada przysłowie — końce w wodę." Brał łapowe i zawsze zrobił czego od niego chciano. To stanowiło jego poczciwość.
Szlachta powiadała:
— Inny szelma weźmie i nie zrobi...
— Z tego powodu, a także i dla tego, że się mienił kurlandzkim szlachcicem, szlachta litewska chętnie go przyjmowała, hojnie opłacała i nie nader uważnie w oczy mu patrzyła,
Mikołaj Pawłowicz siedział przy stole w milczeniu, pochylił ku kolanom czoło i zdawało się, jakby się w wycie wiatru wsłuchiwał.
Po chwili milczenia podniósł głowę, spojrzał na zamurowane mrozem szyby i rzekł głośno, ale sam do siebie.