Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 25
III.
Na dworze huczał, świstał i wył wicher, wydobywając z siebie tony żałosne i groźne. Tumany śniegu niosły się jak piasek na Sacharze i uderzając o okna, łopotały w szyby skrzydłem zmory. Przy cienkiej łojowej świeczce, w ciężkim, mosiężnym osadzonej krzywo lichtarzu, siedział w Rzymie nasz podróżny przy stoliku pod oknem, postawionym między dwoma łóżkami. Na trzeciem łóżku spało kilkoro bachorów. Pod piecem, na ławeczce, drzemała żydówka i stał w groźnej pozycyi Cezar. W szynkownej izbie, na lawie, wyciągnął się Grysza. Przed karczmą stały sanki z koni wyprzężone.
Podróżny pochylił głowę i zadumał się. W izbie panowała cisza.
Korzystając z tej ciszy, zaznajomię czytelnika bliżej z postacią powołaną do odegraw naszej powieści jednej z główniejszych ról.
Człowiek w mundurze z czerwonym kołnierzem, którego Cezar tytułował "wielmożnym zasidatelem," byt to jasny blondyn, regularnych rysów twarzy, więcej niż miernego wzrostu, silnej i kształtnej budowy ciała. Wieku mógł mieć około trzydziestu lat. Możnaby go nazwać mężczyzną przystojnym, gdyby nie pewien wyraz fałszu, czy też myśli ukrytej, strzelający z oczów, w krórych czytałeś jeszcze wyraz odwagi, albo zuchwalstwa — może bezczelności. Ten wyraz sprawiał, że zasidatel nie mógł posiadać władzy pociągania ku sobie ludzi, ale wzbudzał ku własnej osobie pewien rodzaj poszanowania wstrętnego. Zasidatel był u nas postacią tak znaną, że nie mam potrzeby rozwodzić się nad jej znaczeniem. Nikogo też zapewne nie dziwiła spółka jego ze złodziejem. Wielką byłoby nadzwyczajnością, gdyby kto wygrzebał białego kruka — zasidatela nie bawiącego się złodziejstwem. Jest to zastosowanie do służby cywilnej prawidła, które podaje Machiawel dla zapewnienia wierności żołnierzy. Radzi on dozwolenie rabunku.