Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 24
— Złodziej, co świętuje i zimy się boi, złodziejem być nie wart... — rzekł dobitnie podróżny. Jabym ich wsiech w katorgu sukinych synów!..
— Po śniegu nie tak to łatwo, jak się zdaje... Można człowieka jak zająca tropić...
— Hm!.. — mruknął podróżny i począł znów chodzić, poprawiwszy na głowie czapkę która miała pąsową obwódkę. — U ciebie, Cezarze, gorąco...
— Niech się wielmożny zasidatel rozbierze... — odpowiedział żyd obojętnie... — Może wielmożny pan zechce co przekąsić... Mam szczupaka faszerowanego i dobry wiszniak,
— Twego szczupaka i twój wiszniak schowaj dla siebie... — odrzekł zasidatel z przyciskiem, — Ja jadę do Wołczyk na imieniny, a tam dostanę coś lepszego na przekąskę... ale się rozbiorę dla tego, żeby z tobą rachunek zrobić...
To mówiąc rozwiązał chustkę zrzucił futro i pozostał w berlaczach, czapce i mundurze z czerwonym kołnierzem.
— Cóż rachunek?..
— Bardzo krótki... — odpowiedział żyd — siedm koni, po pięć rubli, to trzydzieści pięć rubli...
— Łżesz... Nie siedm a dziewięć...
— Nu!.. a co ja panu mam na to odpowiedzieć?..
— Zaklnij się "af majne munes" i "put chajrem."
— Aj majne munes, putchajrem... — odrzekł Cezar z uśmiechem. — Bodajbym z dzieci pociechy nie doczekał, jeżeli od ostatniego rachunku było więcej jak siedm...
— Dawaj pieniądze tylko zlotem albo bomażkami, bo mi srebro kieszenie poobrywa...