Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 23
liszku wódki zatrzymuje... Tem bardziej zatrzymałaby się dziś na taką pogodę...
— To prawda.. — odrzekł człowiek w futrze, powoli wysiadł z sanek i poprzedzany przez Cezara, wszedł najprzód do szynkowej, następnie do izby mieszkalnej, a chodząc po izbie wyciągał się i powtarzał:
— Otóż pogoda!.. nu!.. Daj tam Gryszy kieliszek wódki, tylko miary nie żałuj...
Cezar mrugnął na żonę — ta wyszła — a sam pozostał w izbie.
— U ciebie tu ciepło... — rzekł podróżny.
— Cóż dziwnego... Piece dobre, jest czem palić... — odparł żyd, stając pod piecem.
— Jest kto z naszych?..
— Nie ma nikogo... Na robocie... — A przy żłobie jest co?..
— Nie ma nic...
— Czort pabieri!.. — zawołał podróżny po rossyjsku. zatrzymując się przed żydem.
Zauważyć winniśmy, że podróżny mówiąc po polsku, lekko zarywał akcentem; gdy zaś chciał się dobitniej wyrazić do własnej uciekał się mowy.
— Czort pabieri!.. — zawołał zatrzymując się przed Cezarem i w oczy mu patrząc. — Coż z tego będzie?..
— Co będzie?., nic nic będzie... Trzeba cierpliwie czekać.
— Oni próżnują...
— Ta!.. — odrzekł żyd od niechcenia. — Teraz święta i zima i wielkie śniegi...