Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 22
mością szynkowa! gorzałką, a bez jej wiadomości handlował końmi kradzionymi. Głuche pory i bliskość granicy wielce temu handlowi sprzyjały.
W dniu imienin pana Baltazara, nad wieczorem, kiedy zawierucha już się była rozhulała, przed Rzymem zatrzymały się parokonne sanki, w sankach siedziało dwóch ludzi, jeden na koźle w kożuchu baranim i ogromnych o dwóch palcach rękawicach wełnianych, drugi w siedzeniu, zakutany futrem, obwiązany chustką i okryty baranicą. Przy dyszlu był dzwonek. Jak tylko się zatrzymali, furman z kozła zeskoczył i począł okrywać derami mocno dyszące konie. A nim on okrywania skończył, we drzwiach karczmy, wywabiony zapewne odgłosem dzwonka, ukazał się Cezar. Człowiek w futrze wystawił twarz z kołnierza, dmuchnął i zapytał:
— A cóż?..
— Nic... — była odpowiedź Cezara.
Po chwili człowiek w futrze znów zapytał:
— Przejeżdżała już tędy pani z Poderniszek?
— Jeszcze nie...
— Możeś prześlepił...
Żyd ruszył ramionami i odparł:
— Jeszcze co!.. Gdzieżby ja mógł prześlepić!.. Ona się zawsze przy karczmie dla wytchnienia koniom i dania ludziom po kie-