Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 20
i czapki, stawał na samej krawędzi, wyciągał szyję i niespokojnem okiem badał, niby marynarz, horyzont. I co kilka minut sam do siebie mówił:
— To się nie uspokoi do jutra... Mój Boże! mój Boże!.. Jeżeli ona w tej chwili jedzie... Mnie tu ciepło i zacisznie... a jej?.. tam?..
I powracał na salony i znów wychodził.
Tak powracał i wychodził aż do zmroku, a o zmroku stał się taki smutny, jakby go wielkie spotkało nieszczęście.
Zostawmy go własnemu smutkowi, a sami przenieśmy się na drogę z Poderniszek do Wołczyka prowadzącą.
Droga ta szła najprzód borem, potem polem, następnie znów borem i pod samym Wołczykiem wychodziła znów na pole. Minąwszy pierwszy bór, rozchodziła się w trzy strony i dochodząc do drugiego boru, znów się rozchodziła, nie licząc w to różnych, czepiających się jej w kilkunastu miejscach pobocznych dróg i drożyn, prowadzących do wsiów, to na zręby, to na jeziora. Przy pierwszem rozszczepieniu stała karczma do pół w lesie schowana, zbudowana nie według narysu dla karczem w całej Polsce przyjętego, to jest, z tak zwaną podsienią i stajnią, umieszczoną pod jednym z mieszkalnemi izbami dachem. Nie miała wrót, tylko drzwi zwykłe; stajnia zaś była do niej z tyłu przyczepiona i to nie stajnia a raczej chlew ze żłobem, przy którym zawsze stała para wierzgających i kąsających ko-