Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 19
Litwini przedstawiają sobie zimę bardzo poetycznie. Wcielają ją w postać starca, trząsającego siwą brodą, i przez ogromne dmuchającego wąsiska. Trząsanie sprawia śnieg, dmuchanie zawieję. Mimochodem pozwolę sobie zrobić uwagę, że dziwi mnie, dlaczego tej postaci nie zużytkował dotychczas żaden poeta, ani malarz, ani rzeźbiarz. Co to za posąg możnaby wykuć z litewskiej zimy! Ale mniejsza o to. Wracam do opowiadania.
Starzec się nadął i dmuchał z siły całej, jakby z wielkiego gniewu, na tę ciszę, która w przed i popołudniowych panowała godzinach. Wąsy mu się skłębiły i zadymiły. Po borach poszedł szum szyszek sosnowych, łomot gałęzi i ten łoskot głuchy, dziwny a przerażający, wiatru, nadziewającego się na miljony igieł. Był dzień, było widno w domach, świec nikt nie myślał zapalać, a przecież nic widzieć nie można było. Kto jechał, jechał na chybił trafił, spuszczając się na instynkt koński.
Dobrze było tym, co do Wołczyka zawczasu przyjechali. Przechadzali się po ciepłych salonach, gwarzyli i przez porysowane w mroźne desenie szyby na dwór wyglądali, posyłając westchnienia nie koniecznie szczere, pod adresem tych, których się jeszcze spodziewano. W całem zgromadzeniu był tylko jeden, co wzdychał szczerze. Ten nie poprzestawał na wyglądaniu przez okno. Co kilka minut wychodził na ganek, nb. bez futra