Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 18
W 1830 roku, jak w każdym, państwo Troccy w dniu Trzech Króli przyjmowali gości ze zwykłą, a ich dostojeństwu i towarzyskiemu położeniu odpowiednią uroczystością. Marszałek wygolony, bez wąsów w granatowym z błyszczącymi guzikami fraku, w białej kamizelce i białym halsztuchu, w żabotach i mankietach, wychodził do sieni na spotkanie nowoprzybyłych, witał, dziękował za składane życzenia, i wprowadzał przez salon balowy do bawialnego, gdzie marszałkowa, w aksamitnej krwawnikowego koloru sukni, ubranej. w koronki, hafty i drogie kamienie, oczekiwała, witała i siedzieć prosiła. Ceremonia ta powtarzała się co moment. Marszałek był ciągle w ruchu pomiędzy sienią a bawialnym salonem. Marszałkowa wciąż się podnosiła i siadała i siedzieć prosiła, i o zdrowie najprzód a potem o drogę pytała. Na to ostatnie pytanie odpowiedzi były zrazu jednogłośnie pochwalne:
— Wyborna droga... Dzień prześliczny... Mróz tęgi ale bez wiatru...
Pod wieczór jednakże jednogłośność pochwalna zmieniła się na naganną:
— Droga byłaby jaką taką, ale pora okropna... Coś strasznego na dworze... Wiatr dmie i niesie tumany śniegu. Droga zupełnie zawiana, nie widać śladów, a co gorzej oczu otworzyć nie sposób... Biada temu, co się spóźnił...
Rzeczywiście litewska zima rozhukała się po swojemu.