Drugie Boże przykazanie : powieść cz. 1 (Jeż Teodor Tomasz)
Strona 12
Stosunek do Rózi matki i starszej siostra, dla patrzącego z boku, wydawał się nieco dziwnym. Matka była względem niej jak babka, siostra jak matka. Obie żyły wyłącznie dla niej, do tego stopnia, że Franciszka skazała się dobrowolnie na staropanieństwo, byle tylko Poderniszki w całości dla Rózi na wiano zachować. Do tego rodzaju poświęcenia tylko matka jest zdolną. Franciszka jednakże nawet nie wiedziała, że czyni poświęcenie — nie rozumiała tego wyrazu. Poprostu, pomimo że kilku kawalerów w różnych czasach o jej zgłaszało się rękę, nie chciała iść za mąż, ażeby, jak sobie samej w duchu mówiła:
— Nie skrzywdzić Rózi... Głośno zaś powiadała matce:
— Postanowiłam nie iść za mąż, bo jestem przekonaną, że ci co się o mnie oświadczają, nie starają się o moją osobę, ale o połowę Poderniszek... wolę być sobie starą panną.
To jej postanowienie miało tę dobrą stronę, że nie pochodziło z prawdziwego ani też udanego do małżeństwa wstrętu, lecz z miłości dla siostry. Gdyby bowiem pochodziło z prawdziwego wstrętu, byłoby ją zaprowadziło do klasztoru, gdyby z udanego, byłoby ją oddało w ręce pierwszego lepszego posagowego spekulanta, któryby ją zdołał przekonać, że się rozkochał w piękności jej duszy, a ta choć rzeczywiście była piękną, ale nie aż do rozkochania. Panna Franciszka nie posiadała żadnych błyskotnych talentów, nie praktykowała żadnych głośnych cnót. W oczach ludzkich była to sobie o ile można najbardziej zwyczajna kobieta; a że do tej zwyczajności łączyła brzydotę, więc gadano niej, że zła, skąpa, etc., że nie idzie za mąż dla tego, że nikt jej nie chce, etc. etc. etc Wszystko to była nieprawda. Ale — od czegóż ludziom dał Pan Bóg języki?..